WHAT'S NEW?
Tak mi dobrze i szybko płynie czas na tym gigancie, że ani się obejrzałam  a sobota minęła i prawie już niedziela się kończy, a ja nie miałam czasu usiąść do komputera by napisać post. 

Dzisiaj zamieszczajcie linki do swoich lipcowych chust i szali, a także do innych ciekawych wpisów z ostatnich dwóch tygodni wg zasad z sobotniego link party.

A o to mój szal. 
Szczęśliwie mogę go zdjąć z listy UFO-ków, bo zaczęłam dziergać prawie 2 lata temu. Wydziergałam już wtedy spory szal, ale stwierdziłam, że jest jakiś krótki, próbowałam go przerobić na ponczo i z golfem i bez golfa, ale wciąż mi nie pasowało. I w końcu powolutku dorobiłam jeszcze z 70 cm i teraz szal ma odpowiednią długość. Planowałam go jeszcze jakoś obrobić dookoła, ale stwierdziłam, że podoba mi się tak jak jest, tylko może przez to brakuje mu odrobinę na szerokości. 


Zrobiony jest z włóczki Coast Holst, czyli mieszanki wełny z bawełną, podwójną nitką. 
Dwa lata temu pod koniec wakacji byłam z mężem na koncercie na świeżym powietrzu i z każdą chwilą robiło się coraz zimniej. Stwierdziłam wtedy, że właśnie brakuje mi czegoś takiego, czym można się okręcić w plenerze. 





A jeśli kogoś ciekawi lewa strona, to proszę bardzo:



Zapraszam do linkowania swoich prac w ramach zabawy:


oraz 





   
   

* Jedną z największych moich pasji jest robienie na drutach. Próbuję to połączyć z przyjemnością czytania. Co tydzień będę zamieszczała jedno zdjęcie przedstawiające moją aktualną robótkę (robótki) i czytaną książkę.

Bardzo też lubię zaglądać na wasz blogi, by dowiedzieć się nad czym aktualnie pracujecie i co czytacie. Podzielicie się ze mną swoimi pasjami.

Zapraszam w każdą środę na wspólne dzierganie i czytanie. *

Planuję ucieczkę.

To jest ostatni mój wpis przed gigantem.

Chociaż nie, w sobotę opublikuję następny, bo będzie czas na podsumowanie drugiego miesiąca chustowo - szalowego, a także zwyczajna linkowa sobota, czyli dwa w jednym.

Zakładam, że ucieczka zajmie mi tydzień. 

Bo w mojej pracy z książką "Droga Artysty", o której wspominałam na początku wakacji, doszłam do etapu, w którym zalecenie pani Cameron brzmi: ABSTYNENCJA CZYTELNICZA. A ponieważ widzę pozytywne zmiany dzięki pracy z tą książką, to i do tej porady mam zamiar się zastosować. 

Oczywiście nie chodzi o całkowitą abstynencję czytelniczą, a tylko tygodniową, ale nie tyczy się ona tylko czytania, a raczej nieczytania powieści, ale wszelkiego czytania i chociaż autorka ani słowem nie wspomniała o internecie (bo chyba jeszcze w czasie tworzenia tego systemu internet nie zajmował tak dużo miejsca w naszym życiu), to przede mną tydzień bez surfowania po sieci. 

A po co taka rada? "Paradoks polega na tym, że opróżniając życie ze spraw, które nas rozpraszają, napełniamy studnię. Gdy nic nie zakłóca naszej uwagi, znów zanurzamy się w świecie zmysłów. Bez gazety, którą się zasłaniamy, przedział w pociągu staje się tarasem widokowym. Bez powieści, w której można się zatopić, i bez otępiającej telewizji wieczór zamienia się w rozległą sawannę, na której przestawiamy meble - oraz inne stałe elementy naszego życia.[...]Jeśli będziemy kontrolować napływ szumów i ograniczać go do minimum, nadspodziewanie szybko zostaniemy nagrodzeni za czytelniczą abstynencję. nagrodą będzie wypływ nowych treści. Nasze własne myśli,sztuka i uczucia zaczną się przebijać przez zatory szlamu, usuwać je i wypłukiwać, aż studia znowu się napełni."

Sama jestem ciekawa, czy mi się powiedzie ten eksperyment. Jestem dobrej myśli, bo ostatnio jakby sama do tego powoli zmierzałam ograniczając czas w social media.

Tak więc książkę Jonathana Safrana Foera "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" porzucam na ten tydzień przeczytawszy zaledwie kilka stron. 

Na gigant oczywiście zabieram swoje robótki, czyli coś czarnego co się rozwija w coś bardzo kształtnego i coś beżowego, co mam nadzieję również wkrótce nabierze oczekiwanego kształtu. Mam jeszcze jedną robótkę, która nie zmieściła się w kadrze, ale mam nadzieję, że w sobotę będzie to już gotowy szal i będę mogła sobie zaliczyć skończenie kolejnego UFOka?

A co u Was słychać?

Zapraszam na 

 
   
   


PS. Jeśli podobał Ci się ten post, bardzo proszę udostępnij go na facebooku lub w google+ lub twitnij - wystarczy kliknąć w którąś z ikonek poniżej tego wpisu.

Latem i wczesną jesienią uwielbiam warzywa smażone, duszone, grillowane lub pieczone. Chociaż przyznaję, że nie są podstawą naszej diety, bo wiadomo - dzieci i warzywa często nie chodzą ze sobą w parzę. I tak jest niestety z moją ukochaną małą CUKINIĄ. 

Ale może właśnie dlatego, gdy cukinia jest na obiad to ja mam swoje małe święto i przeżywam prawdziwe rozkosze podniebienia. Pewnie gdybym jadła ją często spowszedniała by tak jak ziemniaki.

Tym razem postanowiłam wypróbować prosty i szybki przepis znaleziony na blogu Wegan Nerd na makaron z młodą cukinią i pomidorkami koktajlowymi

U mnie ze zwykłymi pomidorami, bo akurat takie miałam pod ręką, niestety u mnie na parapecie nie rosną pomidorki koktajlowe, ale za to mamy sporą uprawę bazylii.  I ze względów Julkowej diety użyłam makaronu kukurydzianego.  Nie byłabym sobą, gdybym nie dodała odrobiny sproszkowanej papryczki chilli i zrezygnowałam z posypki z suszonych płatków drożdżowych zmieszanych z płatkami migdałów. Bez tych specjałów też było super, szczególnie, że warzywa na patelni smażyły się krócej niż gotował się makaron i były lekko twarde. 

makneta ulubiony makaron z cukinią i pomidorami

 

Oczywiście z latem i wakacjami kojarzą mi się też truskawki. Za moich nastoletnich lat wakacje zaczynały się ciut wcześniej niż teraz, w pełni sezonu truskawkowego i właśnie zbieranie truskawek na plantacji rodziców koleżanki było moją pierwszą pracą. Najsmaczniejsze są surowe, takie prosto z krzaka ale dzisiaj w czasie babskiego spotkania miałam smaka na słodkie pierogi z truskawkami i bitą śmietaną. 

pierogi z truskawkami

 Wraz z Wiolą (znaną z All shades of blue) oraz Asią, która szydełkuje, ale bloga nie pisze, byłyśmy dzisiaj na plotach bez dzieci w eleganckiej restauracji Hotelu Velvet w Suwałkach. 

selfie

Ja  objadałam się na słodko - pierogi były mięciutki, śmietana dobrze ubita, a dziewczyny jadły trochę bardziej konkretne dania, bo zupę cebulową i pierogi z kaszą gryczaną i kozim serkiem. 

asia i wiola w restauracji Hotelu Velvet

Widać, że nam smakowało, prawda?

Jak widzicie Wiola miałam  już dość mnie i mojej komórki ;-)

Żałuję, że była brzydka, deszczowa pogoda i nie mogłyśmy wyjść na taras.

Mogłybyście zapytać, co to za spotkanie dziewiarek bez udziergów, ale musicie mi uwierzyć na słowo, że Wiola przyszła w wełnianym !!! (w lipcu) swetrze, a ja po jedzeniu zabrałam się za dzierganie czarnej bluzeczki, o której pisałam w środę.

Dzisiejszy wpis powstał na wyzwanie na blogu Lifestylerki.

PS. Jeśli podobał Ci się ten post, bardzo proszę udostępnij go na facebooku lub w google+ lub twitnij - wystarczy kliknąć w którąś z ikonek poniżej tego wpisu.

* Jedną z największych moich pasji jest robienie na drutach. Próbuję to połączyć z przyjemnością czytania. Co tydzień będę zamieszczała jedno zdjęcie przedstawiające moją aktualną robótkę (robótki) i czytaną książkę.

Bardzo też lubię zaglądać na wasz blogi, by dowiedzieć się nad czym aktualnie pracujecie i co czytacie. Podzielicie się ze mną swoimi pasjami.

Zapraszam w każdą środę na wspólne dzierganie i czytanie. *

 

Pewnie już zauważyłyście, że w swojej dzierganej "pracy" stosuję "płodozmian", czyli muszę mieć zaczętych kilka robótek i zmieniam je co jakiś czas. Technika ta sprawia, że część robótek odchodzi w zapomnienie i powiększa stertę UFO-ków, ale też jest moim lekiem na zwątpienie i kryzys. Tym razem kryzys mój trwał od Wielkanocy, aż do ostatniego piątku. Nie mogłam dziergać, a jeśli dziergałam to z trudem jeden, dwa rządki, a jeśli nawet były chwile, że wydziergałam więcej to i tak wszystko było prute. Nie szło mi i to nie tylko z powodu ręki. 

I już od dłuższego czasu rozważałam, by rzucić całe te dzierganie w diabły, spakować wszystkie zaczęte robótki oraz włóczki do pudła (raczej pudeł) i oddać molom na pożarcie, pozamykać bloga, fejsa i inne miejsca, które kojarzą mi się z robótkami i zająć się np. gotowaniem. 

I tak do piątku. W między czasie skończyłam czytać książkę z ostatniej środy oraz kolejną, czyli "Pogromce lwów" (kilka słów o książce we wczorajszym wpisie). I chwilowo poczułam przesyt i znowu zaczęłam dumać nad swoim "nieszczęsnym losem" - wyciągnęłam owe pudła z włóczkami i zaczęłam przeglądać swoje skarby, gdy wpadł mi do głowy nowy pomysł na bluzeczkę. Oczywiście początkowo zapierałam się, bo ręka boli, bo mam tysiąc innych robótek zaczętych. Jednak czym bardziej się zapierałam, tym bardziej czułam, że muszę. I tak o to w piątek rzuciłam się na druty jak głupia i przesiedziałam ciurkiem kilka godzin, późno w nocy miałam tyle samo co na początku, czyli nic, ale mój pomysł się ugruntował i w sobotę zaczęłam od początku, żeby w poniedziałek znowu zacząć od początku, ale teraz już bluzeczka rośnie, a w między czasie rośnie też inna robótka, na którą ktoś czeka, bo udało mi się spojrzeć nowym, świeżym "okiem" na to co robiłam do tej pory. 

Oczywiście wciąż odczuwam dyskomfort jeśli chodzi o rękę i wciąż staram się unikać komputera, bo jednak korzystanie z myszki i pisanie z rękoma w powietrzu tylko zaostrza moje problemy, ale znowu mi się chce i mam nadzieję, że na dłuższy czas skończyły się moje jęki. 

A moja obecna lektura to "Maria Konopnicka. Rozwydrzona bezbożnica" Iwony Kienzler. 

Autorka prowadzi nas przez życie Marii Konopnickiej od jej narodzin w Suwałkach, poprzez dzieciństwo spędzoną w Kaliszu, następnie lata życia z mężem w nędznym dworku wiejskim i jej przeprowadzkę z dziećmi do Warszawy, gdzie stawała się znaną poetką i zarazem musiała stawić czoła zwykłej codzienności, aż po lata, w których poetka "tułała" się po Europie ze swoją przyjaciółką, malarką Marią Dulębianką (akurat do tego rozdziału jeszcze nie doszłam). 

O ile życie Konopnickiej, jej kobieca odwaga, by odejść z dziećmi od męża, po to by spełniać swoje marzenia, a także jej problemy z dziećmi i sposób w jaki je traktowała są ukazane w sposób dość ciekawy, to strasznie mnie denerwuje to, że książka ta jest napisana bardziej jak praca naukowa, pełna wtrętów, wręcz cytatów z innych biografów Konopnickiej. Rozumiem, że autorka próbuje obalić niektóre tezy lub przeinaczenia wcześniejszych biografów, ale mimo to razi mnie to, tak samo jak razi mnie ciągłe żonglowanie tytułami napisanych przez Konopnicką, ale też przez współczesnych jej literatów dzieł. Oczywiście to wina mojej ignorancji, ale nie wiem dlaczego akurat ta lektura w tym kontekście została użyta: "Autorka Mendla Gdańskiego odwiedziła nie tylko więźniów politycznych osadzonych w Cytadeli, ale także kobiety uwięzione na Pawiaku."  Dla osób nie wprawionych jak ja w czytaniu rozpraw naukowych niewygodnym jest też umieszczenie przypisów na końcu rozdziału. 

EDIT: Po przeczytaniu całej książki oraz komentarza Małgosi doszłam do wniosku, że rzeczywiście to co brałam za wadę, jest też zaletą. Tak, autorka przestudiowała różne źródła, stara się obalić pewne tezy, które sprawiały, że np. ja gdy słyszę Konopnicka, to od razu przychodzi mi na myśl cytat z pomnika stojącego w parku im. Marii Konopnickej w Suwałkach "Idź dziecie, ja cię uczyć każę" i w związku z tym do tej pory była ona dla mnie "siłaczką", która całe swoje życie poświęciła narodowi polskiemu, jego edukacji, co oczywiście nie było prawdą.

Po prostu jakoś tak podświadomie oczekiwałam bardziej zbeletryzowanej biografii, czegoś takiego jak "Pasja życia" Irvinga Stone.

 

A co u Was słychać? Zapraszam Was na 



   

   



I wciąż jeszcze możecie dodawać linki do swoich postów z ukończonymi pracami lub ciekawymi artykułami blogowymi w sobotnim link party.  

PS. Jeśli podobał Ci się ten post, bardzo proszę udostępnij go na facebooku lub w google+ lub twitnij - wystarczy kliknąć w którąś z ikonek poniżej tego wpisu.

 

W te lato zupełnie nie muszę się zastanawiać co by tu przeczytać ciekawego, bo listę ułożyłam sobie już na początku wakacji. Jak na razie przeczytałam dwie książki z tej listy i dzisiaj chcę napisać parę słów o nich w ramach zabawy u LIFESTYLERKI - wyzwanie blogowe (dzień 1): wakacyjna lektura.

 

Pierwsza z nich to "Szczygieł" Donny Tartt. 

Wystarczyło kilka słów napisanych przez Monotemę  bym zapragnęła ją  przeczytać.  (Janka, bardzo dziękuję).

Tytułowy Szczygieł to obraz pędzla Carela Fabritiusa z roku 1654, który spokojnie wisi w holenderskim muzeum narodowym Mauritshuis w Hadze. Carel Fabritius był jednym z najzdolniejszych uczniów  Rembranta. Malarz ów zmarł dość młodo (mając zaledwie 32 lata) w skutek ran odniesionych podczas wybuchu w prochowni Delft i niestety w tym wybuchu uległo zniszczeniu wiele jego dzieł. Jego znakiem rozpoznawczym jest malowanie na jasnym tle w przeciwieństwie do panującego wtedy trendu. 

 Donna Tartt daje obrazowi alternatywne życie.

Ten obraz małego ptaszka przypiętego łańcuchem do wiszącej na ścianie skrzynki zawładnął sercem, duszą i umysłem bohatera powieści 10 letniego chłopca o imieniu Theo. To małe arcydzieło trafia w ręce chłopca w muzeum w Nowym Jorku, do którego Theo wstępuje ze swoją mamą, wielbicielką sztuki i właśnie tego dzieła. Dalej losy chłopca i obrazu splatają się ze sobą. 

"Szczygieł" to powieść o stracie, dorastaniu bez opieki, doświadczania wszystkiego czego nastolatek nie powinien doświadczać, ale także o przyjaźni  czy nawet braterstwie, radzeniu sobie z trudami życia. Mimo wątku kryminalnego jest to wg mnie przede wszystkim powieść egzystencjalna, czyli powieść o tym, że w życiu człowieka nie ma stałych wartości, a tylko sam człowiek i jego nietrwałe życie. Sami musimy dokonywać wyborów, nie możemy odrzucić następstw owych wyborów ani od nich uciec. Ale wymowa tej książki nie jest pesymistyczna. 

"Że życie abstrahując od innych jego przymiotów, jest krótki. Że los jest okrutny, ale może niekoniecznie ślepy. Że natura (czyli śmierć) zawsze wygrywa, ale to nie znaczy, że mamy się przed nią korzyć i płaszczyć. Że chociaż może nie zawsze cieszymy się, że tu jesteśmy, naszym zadaniem jest i tak zanurzyć się w tym bagnie: i przebrnąć na drugi brzeg z otwartymi oczami i sercem. I  w trakcie tego powolnego umierania, gdy wznosimy się ponad ograniczność i znowu sromotnie się w nią zapadamy, chlubą i przywilejem jest kochać to, czego śmierć nie tknie."

Druga książka z mojej listy to "Pogromca lwów" Camilli Lackberg, czyli najnowsza powieść mistrzyni skandynawskiego kryminału. Powieść czyta się bardzo szybko, wręcz się ją połyka. 

"Pogromca lwów" to kolejna część sagi kryminalnej o śledczym Patriku Hedstrom i jego żonie - pisarce Erice.  Tym razem chodzi o zaginione nastolatki, z których jedna wpada pod koła samochodu w mroźny zimowy dzień. W szpitalu okazuje się, że dziewczynka była brutalnie torturowana. 

W tym samym czasie Erika piszę nową książkę o zbrodni sprzed lat i spotyka się w więzieniu z zamkniętą w sobie morderczynią męża. Oczywiście Erika nie może się powstrzymać, by nie wtrącać się do śledztwa swojego męża i jak zwykle pakuje się w tarapaty. 

Poza tym, że jest to zgrabnie napisana przygoda, to jest to też książka o źle w czystej postaci. To co dotyka zaginione dziewczyny nie ma żadnego usprawiedliwienia, nie ma żadnego motywu, poza wewnętrznym przymusem chorego umysłu. 

Obie książki nie poruszają łatwych, miłych i przyjemnych tematów, ale są bardzo wciągające i obie serdecznie polecam.

Oczywiście zapraszam też jutro na Wspólne czytanie i dzierganie, czyli więcej o książkach i o robótkach.

I wciąż jeszcze możecie dodawać linki do swoich postów z ukończonymi pracami lub ciekawymi artykułami blogowymi w sobotnim link party.  

PS. Jeśli podobał Ci się ten post, bardzo proszę udostępnij go na facebooku lub w google+ lub twitnij - wystarczy kliknąć w którąś z ikonek poniżej tego wpisu.

Jakiś czas temu otrzymałam od firmy Bafpol kilka włóczek do przetestowania. 


tunika makneta wzór

Na pierwszy ogień poszła Holly La Passion, z której wydziergałam Judysi długą kamizelkę. 
Kamizelka - tuniczka jest w kolorze jedynym słusznym, czyli różowym, na szczęście róż jest akceptowalny nawet przez mamę, bo nie jest słodko cukierkowy tylko wpadający w lila. 

raglanowe wdzianko na drutach wg maknety

 Włóczka Holly La Passion to mieszanka bawełny i akrylu - 60% bawełny i 40% akrylu. Jest miękka i sprężysta, dobrze skręcona i nie rozdwaja się podczas robótkowania. Prałam w pralce, aczkolwiek bez odwirowania, jakoś się boję odwirowywać dzianinę. 

Druty 3,5mm
Zużycie włóczki: 3 x 100g / 350m każdy
Wzór: pomysł własny

*********************************************************
A bluzeczkę pokazuję w ramach linkowego party u Diana Art (banerek w bocznej szpalcie)
oraz  mojego sobotniego link party.

linkowe party u maknety

Zasady zabawy:

Jeśli tylko macie ochotę możecie dodać link do JEDNEGO  lub DWÓCH wpisów z 

OSTATNICH DWÓCH TYGODNI,

 które uważacie za ciekawe (ALE KONIECZNIE DO WPISU NIE DO CAŁEGO BLOGA).

♥ Może napisałyście tutorial, sfotografowałyście skończoną robótkę lub ugotowany obiad, a może napisałyście ciekawy artykuł na dowolny temat i chciałybyście zaprezentować go również osobom odwiedzającym mojego bloga. 

♥ Wystarczy dodać link pod tym postem klikając w niebieski przycisk "Add Your Link"

♥ Zapraszam serdecznie do zaglądania do osób, które biorą udział w linkowaniu i pozostawianiu komentarzy. 

♥ Byłoby miło, gdybyście dodały banerek zabawy na blogu i w poście biorącym udział w zabawie wstawiły link do tego postu.  

♥ Zabawa jest dla osób prowadzących bloga KREATYWNEGO!!!

A o to przegląd Waszych prac:




































   

   



* Jedną z największych moich pasji jest robienie na drutach. Próbuję to połączyć z przyjemnością czytania. Co tydzień będę zamieszczała jedno zdjęcie przedstawiające moją aktualną robótkę (robótki) i czytaną książkę.

Bardzo też lubię zaglądać na wasz blogi, by dowiedzieć się nad czym aktualnie pracujecie i co czytacie. Podzielicie się ze mną swoimi pasjami.

Zapraszam w każdą środę na wspólne dzierganie i czytanie. *


Mam wakacje, więc teoretycznie częstotliwość pisania na blogu powinna być większa. Ale od internetu też trzeba odpocząć i od kilikania w klawiaturę komputera. Dlatego dzisiaj zanim przejdę do nowego odcinka Yarn Along, najpierw kilka słów, które mi się nasunęły po przeczytaniu Waszych komentarzy z zeszłego tygodnia.

W tym tygodniu zeszłam już trochę na ziemię, bo niestety zajęcia plenerowe trwały tylko tydzień i skończyły się już w czwartek.

W domu jednak malowanie już mi tak nie idzie. I chociaż w pracowni domu kultury nie zawsze jest cicho i spokojnie, to jednak jakoś bardziej mogę się skupić. Poza tym osoba instruktorki jest bardzo ważna, ponieważ zawsze wiem, że mi powie co nie halo na moim obrazku i co jeszcze poprawić zanim będzie dobrze. A w domu nie dość, że mogę rozłożyć się z moimi materiałami tylko w dużym pokoju, to jeszcze moje umiejętności często nie są wystarczające by poprawić błąd, który widzę, ale nie wiem na czym polega. 

Sama maluję tylko ze zdjęć, bo niestety u mnie też talentu nie stwierdzono. Ale działam tu wedle dawno temu zasłyszanego przepisu na sukces: 1% talentu i 99% ciężkiej pracy. Oczywiście dla mnie sukcesem będzie samozadowolenie. Nie aspiruję do panteonu wielkich malarzy. Ponoć rysować i malować może każdy, tylko tak jak i w innych dziedzinach trzeba trochę czasu poświęcić na doskonalenie techniki. 

Jeśli zmaluję przed wrześniem coś z czego będę w miarę zadowolona to pewnie wam pokażę.

I wracając teraz do głównego tematu dzisiejszego postu. "Szczygła" przeczytałam. W sumie podobała mi się książka, chociaż chwilami była zbyt długa. Jednym słowem określiłabym ją powieścią egzystencjalną, chociaż na teorii literatury zupełnie się nie znam. 

A teraz przerzuciłam się na lekką i przyjemną lekturę, zanim powrócę do moich 10 grubych lektur na lato. Jak zwykle uległam reklamie i kupiłam pierwszy tom kolejnej kolekcji - tym razem kolekcji "Książek o miłości" Nory Roberts. Z tymi kolekcjami jest taki problem, że w pewnym momencie zapominam, że wyszedł już kolejny tom, udaje mi się go przegapić i potem jestem bez wszystkich części. 

Ten pierwszy tom to "Lilah i Suzanna"  i z tego co pobieżnie udało mi się zobaczyć w necie, jest to początek całej serii o siostrach  Calhoun. Albo raczej nie początek bo chronologicznie jeśli chodzi o wydarzenia związane z siostrami to chyba ten tom, który ma być wydany jako drugi powinien być pierwszy.  Czyta się bardzo przyjemnie, schemat wciąż ten sam - ona piękna jak lilia ze smukła talią, on przystojny i tajemniczy, a do tego kryminalna intryga. Można spokojnie robić na drutach przy takiej lekturze ;-) pod warunkiem, że zrobimy coś by książka się wciąż nie zamykała i mamy wzór nie wymagający częstego zaglądania. 

Niestety przy tkaniu nie da się zupełnie czytać. Już wcześniej próbowałam tkania na ramce, ale jakoś mnie nie wciągnęło, ale kiedy zobaczyłam u Magdaleny z bloga QS crochet  jej kilimy, postanowiłam wyciągnąć ramkę i resztki włóczek i spróbować zrobić coś w tym stylu. 

A Wy co robiłyście w ostatnim tygodniu? Zapraszam na 


 
   
   


PS. Jeśli podobał Ci się ten post, bardzo proszę udostępnij go na facebooku lub w google+ lub twitnij - wystarczy kliknąć w którąś z ikonek poniżej tego wpisu.

* Jedną z największych moich pasji jest robienie na drutach. Próbuję to połączyć z przyjemnością czytania. Co tydzień będę zamieszczała jedno zdjęcie przedstawiające moją aktualną robótkę (robótki) i czytaną książkę.
Bardzo też lubię zaglądać na wasz blogi, by dowiedzieć się nad czym aktualnie pracujecie i co czytacie. Podzielicie się ze mną swoimi pasjami.

Zapraszam w każdą środę na wspólne dzierganie i czytanie. *


W tym tygodniu żyję w innym świecie, w innym wymiarze, unoszę się kilka centymetrów nad ziemią i wszystko tylko dzięki farbom, pędzelkom i oczywiście doborowemu towarzystwu innych zakręconych malujących osób.  Zdjęcie nie jest z pracowni, ale z domu. Wyciągnęłam paletę i postanowiłam użyć jej do zdjęcia i oczywiście od razu musiałam zacząć paćkać na płótnie i poprawiać stary obraz ;-) 

Na razie prac z "pleneru" (piszę plener w cudzysłowie, bo plenery są zwykle wyjazdowe i maluje się w terenie, a ja chodzę do pracowni i maluję ze zdjęć) nie mogę pokazać, bo czekają na zbiorową wystawę w domu kultury we wrześniu. 

Jednak jestem tak zakręcona na punkcie malarstwa, że pewnie powstanie jeszcze nie jedna praca, która wrzucę na bloga.

Wieczorami trochę dziergam i trochę czytam. Jeśli chodzi o dzierganie to wciąż pracuję nad sukienką, którą powinnam była dawno skończyć, ale  wciąż jeszcze nie zrobiłam tego przez problemy z ręką. 

Jeśli zaś chodzi o "Szczygła" to mój zachwyt lekko osłabł, chwilami mi się dłuży, może dlatego że ciężko mi wrócić myślami z pleneru. Ale powoli zbliżam się ku rozwiązaniu zagadki? I  znowu nie mogę się doczekać, by znaleźć chwilę dla książki. 

A Wy? Co u Was słychać? 

Zapraszam serdecznie na 

I bardzo proszę, nie zapomnijcie dodać link do tego postu w swoim środowym wpisie. Bardzo mi zależy, aby nasza zabawa wciąż trwała i się rozwijała, czym więcej osób dowie się o naszej zabawie tym lepiej. 


   
   

PS. Jeśli podobał Ci się ten post, bardzo proszę udostępnij go na facebooku lub w google+ lub twitnij - wystarczy kliknąć w którąś z ikonek poniżej tego wpisu.

* Jedną z największych moich pasji jest robienie na drutach. Próbuję to połączyć z przyjemnością czytania. Co tydzień będę zamieszczała jedno zdjęcie przedstawiające moją aktualną robótkę (robótki) i czytaną książkę.
Bardzo też lubię zaglądać na wasz blogi, by dowiedzieć się nad czym aktualnie pracujecie i co czytacie. Podzielicie się ze mną swoimi pasjami.

Zapraszam w każdą środę na wspólne dzierganie i czytanie. *

Szczygieł Donna Tartt i dzierganie na drutach


Jeśli chodzi o robótki to rękę zarzyna zrobienie kilku oczek, więc nie ma zbytnich postępów.

Jeśli zaś chodzi o czytanie to na razie porzuciłam "Wałkowanie Ameryki" - książka nie jest zła, ale za dużo statystki jak dla mnie, niektóre rozdziały czyta się całkiem przyjemnie, wiadomości z innych wylatują z głowy szybciej niż zdążę skończyć czytanie jednego zdania. 

Porzuciłam "Wałkowanie Ameryki" na rzecz "Szczygła" i jest to jedna z tych książek, od których ciężko się oderwać, nawet jeśli czytanie wprowadza w stan zaniepokojenia. Cały czas gdy czytam czuję taki lekki lęk, obawę (czuję to nawet wtedy, gdy nie czytam książki, a tylko o niej myślę). I z jednej strony chciałabym już wiedzieć jak się ta historia rozwinęła i zakończyła, a z drugiej strony nie chcę siebie samej pospieszać, chcę chłonąć tę niezwykła atmosferę, cieszyć się każdym słowem. Niezwykle podoba mi się sposób budowania napięcia, tworzenia tej historii, poznawania życia bohatera i jego rodziny. 

"Szczygieł" Donny Tartt to jedna z 10 moich grubych lektur na lato.

A wy co czytacie i kraftujecie? Zapraszam na 


   
   

PS. Jeśli podobał Ci się ten post, bardzo proszę udostępnij go na facebooku lub w google+ lub twitnij - wystarczy kliknąć w którąś z ikonek poniżej tego wpisu.

Mój pierwszy projekt jest troszeczkę naciągany, bo tak naprawdę to moja chusta marcowa, czyli March MKAL Shawl, który bardzo bardzo powoli wykańczałam. 



Zrobiłam ją z Lenki. I chociaż włóczka jest całkiem fajna, jak na len i na tę cenę, to chyba jednak nie dam rady nosić takiej chusty, bo jest sporo objętościowo. Z takiej lnianej nitki to chyba musiałabym jakiś wąski szaliczek tylko nosić. 



I dlatego też wciąż nie ma pochowanych nitek. 



Ale jeśli ktoś by chciał zostać właścicielem tej dużej chusty lnianej, to zakończę nitki i sprzedam ją za jakieś 100 zł (plus przesyłka)






Zapraszam Was serdecznie do wrzucania linków do swoich wpisów blogowych z pierwszą, czerwcową chusta. 

Jeśli nie macie bloga, a poublikowałyście w grupie na facebooku, również możecie wrzucić zdjęcie.

Jeśli zaś nie macie bloga, nie działacie na fejsie, a i tak chciałybyście pochwalić się swoją chustą, to dodajcie zdjęcie w komentarzach. 

Dla osób, które będą wytrwałe i przez 12 miesięcy będą brały udział w naszej zabawie przewiduję małe niespodzianki.