Szukaj na tym blogu

niedziela, 2 maja 2010

Marchewkowe ciasto oraz Julie&Julia

Postanowiłam połączyć zabawę w gazetę codzienną z akcją Miszelki pt. Twórczy Maj - sztuka codziennie.

Nie wiem, czy to co robię można nazwać sztuką chociażby użytkową, raczej nie, ale po przeczytaniu słów Miszelki "31 dni. Codziennie zrobię coś twórczego. Robótki. Sztuka. Scrapbooking, decoupage – nieważne. Może coś uszyję, może uszydełkuję. Może zrobię piękne zdjęcie. Może ugotuję coś nadzwyczajnego, a może zaaranżuję grządkę w ogrodzie – ogrodnictwo to przecież też sztuka :)" postanowiłam uwiecznić moje wypociny. Może to będzie mobilizacją, by kończyć zaczęte rzeczy - przyszyć brakującą nogę owieczce, zamek do kamizelki, czy też po prostu przyszyć gotowy już kwiatek do opaski.

Dzisiaj skupiłam się na pieczeniu.
Upiekłam ciasto, na które przepis znalazłam u Penelopy

Moje zdjęcia, cóż, pozostawia dużo do życzenia.
Właśnie nieudane zdjęcia efektów moich kulinarnych poczynań sprawiły, że zawiesiłam pisanie bloga o jedzeniu. Ale ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad reaktywacją - wciąż się zastanawiam.

Co przyczyniło się do tych rozmyślań ... przeczytanie książki Julie&Julia Rok niebezpiecznego gotowania autorstwa autorstwa Julie Powell.


Książka o szaleństwie - kto przy zdrowych zmysłach będzie ganiał męża i przyjaciół po całym mieście, aby zdobyli kość szpikową albo móżdżek?! Kulinarny blog zawładnął życiem młodej nieszczęśliwej, a raczej niespełnionej sekretarki/aktorki. (czemu to ja nie potrafię napisać kilku sensownych zdań o książce?) Julie postanawia przerobić "Doskonalenie francuskiej sztuki kulinarnej" zawierającej 524 przepisy w ciągu 365 dni i opisywać swoje poczynania na blogu. Używa codziennego języka, opisuje swoje emocje związane ze zdobywaniem różnych produktów i samym procesem gotowania i jedzenia. Dość ekstrawagancki i co tu kryć drogie hobby daje jej radość, satysfakcję, sprawia, że przestaje płakać wracając wieczorem z pracy, a w efekcie przynosi sławę i pieniądze.
Książkę czyta się łatwo i przyjemnie. I nie będę zaprzeczać, że czasami czytając perypetie Julie widziałam siebie opętaną przymusem robienia czegoś, aby napisać o tym na blogu.

I jeszcze kilka fotek z niedzielnego spaceru
Ulubione miejsce wszystkich naszych dzieci w parku - altanka

Na razie nie ma spektakularnych efektów fryzurkowych. Tutaj widać tylko z przodu - Judytka ma dwa francuzy.

Troszeczkę na lewo i troszeczkę w głębi i byłoby widać nasz domek, a tak widać, że już jest troszeczkę bardziej zielono i zaczynamy doganiać resztę Polski - raczej nie zawsze jesteśmy jakieś 2-3 tygodnie do tyłu.

Dzieciaki bardzo lubią patrzeć na wodę na śluzie - tutaj widać głównie bujną czuprynę Julka ;-)

Jedno z ładniejszych miejsc na trasie spaceru:


Mama zadowolona - udało mi się przekonać córeczkę, żeby bez beku wróciła do domu - niestety nie widziałam, że mała coś tam sobie duma i nie pójdzie tak gładko:

Proszę, a nie ostrzegałam - bach na glebę, nie pójdę do domu, jak mi nie pozwolisz pobawić się na placu zabaw.

A dlaczego matka taka wyrodna i nie pozwoliła na plac zabaw - bo poszliśmy na spacer po deszczu i na placu zabaw bajorko. Tak, tak, znam starą prawdę - "Dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe", ale wolałam, żeby moja nie była przy tym przemoczona.
Niestety pady ćwiczymy dość często, uparta ta moja córka, oj uparta.

3 komentarze:

  1. U mnie też zdarzają się ciężkie powroty z placu zabaw ale na szczęście młodsza nie wymyśliła jeszcze upadania. Za to słyszy chyba nas całe osiedle ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciężkie powroty z placu to chyba norma, z Michałem muszę kombinować, żeby odwrócić jego uwagę i jak na razie wpakować do wózka... inaczej też ćwiczy pady przez pół drogi :( no cóż... mam nadzieję, że jest to przemijające...

    ameise

    OdpowiedzUsuń
  3. Moje jeszcze nie padają:>
    Za to wracamy na "sygnale" - szczególnie dotyczy to syna:>>
    Zauważyłam jednak że jeśli na poczatku jasno okresli sie czas zabawy - oczywiście jeszcze nie znają sie na zegarku, ale staram sie nie oszukiwać (ostatnio każą sobie pokazać na zegarku ile to jest i kontrolują mnie:)). Gdy czas mija, ostrzegam że za 5 minut idziemy i po tym czasie wychodzimy. Odkąd tak robię raczej nie miewam problemów z opuszczeniem placu zabaw:)
    Może u Ciebie też się to sprawdzi?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za komentarz!

Newsletter