Szukaj na tym blogu

niedziela, 16 kwietnia 2017

Przepis na udany związek

W naszej tradycji Święta Wielkanocne tak samo jak i Boże Narodzenie to bardzo rodzinne święta. I dlatego może to odpowiedni czas by pomyśleć o swoim związku i zastanowić się nad wartością, którą my wkładamy w ten związek. 
Dzisiaj wraz z życzeniami zdrowych i pogodnych oraz rodzinnych Świąt Wielkanocnych przekazuję Wam mój sekret na udany związek. 
Mój idealny przepis w skrócie to szczypta miłości i całe morze cierpliwości, a może odwrotnie? Jeśli będziemy mieli morze miłości w sobie i  wokół siebie, to cierpliwości wcale nie będziemy aż tak bardzo potrzebować.




Tak więc cytując za The Beatles - All you need is love. 

 


Najbardziej zaskakującą rzecz pod słońcem, było odkrycie, że ludzie nie pobierają się ze sobą z miłości, a z lęku przed samotnością, pod presją "staropanieństwa" - nawet w dzisiejszych czasach lub po prostu  dla kasy. Niestety w związku też można być samotnym, kasa może się skończyć, a zamiast zostać starą panną można zostać żoną kobieciarza.

A wystarczy związać się z człowiekiem, którego się naprawdę kocha i o którym można powiedzieć, że jest naszym przyjacielem. A jeśli kogoś się kocha, to się go nie obgaduje przed koleżankami, nie narzeka się na niego i nie próbuje go zmieniać. 


Od początku trzeba być sobą.

 


Bez sensu jest chodzenie spać w makijażu albo czekanie aż facet zaśnie i bieg wtedy do łazienki by zmyć z siebie tapetę. Tak samo bez sensu jest  trzymanie swoich emocji i myśli w ukryciu. Jeśli leży nam coś na wątrobie, to należy o tym mówić naszemu partnerowi. Nikt z nas nie umie czytać w myślach, więc skąd nasz ukochany ma wiedzieć, że zrobił nam np. przykrość, albo że czegoś nie lubimy, lub po prostu nie mamy ochoty na coś? Oczywiście trzeba pamiętać, że w związku liczą się uczucia obu osób, nie tylko nas samych. Tak więc komunikujmy nasze pragnienia starając się przy tym nie zranić ukochanego.



Dobra kłótnia nie jest zła. 

 

Czasami atmosfera w domu staje się nie do zniesienia i wtedy czas na burzę z piorunami. Grunt to nie wyciągać  ciężkich dział i nie wypominać wszystkich grzeszków, a skupić się tylko na aktualnym problemie. Kiedy już burza minie, nie ma co się boczyć, obchodzić partnera dookoła i urządzać ciche dni, a trzeba wyciągnąć rękę do zgody i trzymać ją tak długo wyciągniętą, aż nasz połówek zmięknie.
Chociaż ja ostatnio coraz częściej preferuję sposób pewnej starszej pani.

Starsza pani spoczywa na łożu śmierci. Przez wiele lat zabraniała mężowi dotykać pudełka po butach, stojącego na górnej półce w szafie, jednak tuż przed śmiercią każe je sobie przynieść. Wewnątrz znajduje się 25 tysięcy dolarów i szydełkowa serwetka.
Na pytanie męża o serwetkę odpowiada, że jej matka udzieliła jej pewnej rady tuż przed ich ślubem. Młoda żona miała, gdy tylko zdenerwuje się na męża, uszydełkować serwetkę, zamiast wybuchać gniewem. Mąż uśmiecha się błogo. Jak to miło pomyśleć, że tylko raz zdenerwowała się na niego...
Sprawa serwetki wyjaśniona, ale mąż pyta o pieniądze. odpowiedź umierającej żony brzmi: "To pieniądze, które zarobiłam na sprzedaży pozostałych serwetek."




I tak o to doszliśmy do zasady: Żyj i pozwól żyć innym, 


czyli tłumacząc na moje - miej pasję i pozwól mężowi na jego pasje.

 


Fajnie jest mieć wspólne zainteresowania, ale dobrze jest też mieć własne pasje. Nie musimy spędzać każdej wolnej chwili razem i każde z nas ma prawo do czasu dla siebie. 

Zainteresowanie mojego męża uratowały nasz związek. 

W pewnej chwili przeżywaliśmy poważny kryzys - przez kilka miesięcy ze względów na terapie syna mieszkaliśmy w dwóch innych miastach i mieliśmy głównie kontakt telefoniczny lub "randki" co kilka tygodni. Jednakże, po tym prawie roku, ja wróciłam z dziećmi do domu w depresji, a mój mąż nie potrafił początkowo zrozumieć co się ze mną dzieję. Nie raz i nie dwa kłóciliśmy się, aż tynk się sypały i mój mąż zaczął wieczorami coraz częściej wychodzić z domu - nie ma co ukrywać, że wychodził z kolegami na piwo i grać w rzutki. Nie zabraniałam mu, miałam wolny czas, kiedy nikt się do mnie nie czepiał i mogłam spokojnie odpalać druty.  Przez pewien czas prawie każdy wieczór spędzaliśmy oddzielnie. On wciągnął się w darta (rzutki), a ja w druty. Powoli oboje zaakceptowaliśmy swoje pasje, ja jestem dumna z osiągnięć mojego męża (kilka pucharów z lokalnej ligi stoi u nas na półkach), co więcej również zaczęłam rzucać do tarczy, a on chwali się żoną przed znajomymi, że z kawałka sznurka potrafi wyczarować różne cudeńka i nie grymasi już (mąż oczywiście), że w całym domu co otworzysz szafkę to wysypują się kłębuszki włóczki. 



Nie rozumiem kobiet, które wydzwaniają do faceta co chwilę, gdy Ci są na piwie z kumplami, które nie chcą przemierzać kajakiem rwącej rzeki w deszczu i grożą mężowi, że jeśli oni wybiorą się na spływ to wymienią w domu zamki, a potem się dziwią, że po domu chodzi im zrzędliwa baba w spodniach lub facet zakręca się na pięcie i wybiera wolność.



Kobieto, traktuje swojego faceta, tak jakbyś sama chciała być traktowana, a przede wszystkim go kochaj!
 Wpis ten prawie dwa lata temu pojawił się na moim drugim blogu, który miał być takim dodatkowym miejscem do wyrażania mnie samej. Jednak teraz myślę, że jeden blog wystarczy mi aż nadto. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Serdecznie dziękuję za komentarz!

Newsletter