Szukaj na tym blogu

środa, 24 maja 2017

365 dni do wolności - Magdalena Chołuj

Dzisiaj w ramach WDiC napiszę tylko kilka słów o książce "365 dni wolności" Magdaleny Chołuj. 

Jest to książka napisana w bardzo przystępny sposób, taki można powiedzieć blogowy, w którym autorka podpowiada jak przejąć stery własnego życia i jak pomnażać swój majątek, by osiągnąć wolność finansową. 


Pani Chołuj pisze przede wszystkim jak znaleźć motywację do wytężonej pracy, jak ją podtrzymywać, by nie stracić swojego celu z oczu. W tym przypadku ma to być szybkie osiągnięcie niezależności finansowej. Oczywiście nie jest to sprawa łatwa i mimo iż autorka podpowiada jak można znaleźć pomysł na biznes, jak zautomatyzować swój biznes, jak planować, to nie znajdziemy w tej książce  instrukcji jak krok po kroku to zrobić, bo przecież każdy z nas jest inny i każdy ma inny potencjał. 

Książka ta jest zbiorem technik motywacyjnych, które mogę się przydać nie tylko, gdy chcemy pomnażać swój kapitał, ale również w innych sytuacjach życiowych, gdy musimy planować swoje działanie i podążać w obranym kierunku. Znajdziemy tam też parę pomysłów jak zarabiać w sieci, a przede wszystkim dowiemy się, że wolność finansowa to nie koniecznie dom z basenem, a po prostu kwota pieniędzy wpływająca na nasze konto, pokrywająca nasze wydatki, nie zależnie od tego czy akurat pracujemy czy odpoczywamy.

Ta książka po raz kolejny uświadomiła mi, że bardzo brakuję mi wiedzy dotyczącej zarządzania własnymi finansami i że bardzo dotkliwie odczuwam te braki w wykształceniu. 

Jeśli zaś chodzi o robótkę, to dziś nie będzie żadnej. Zauważam u siebie coś na kształt "wypalenia zawodowego" i chyba nawet nie chcę tego leczyć. 

Pozdrawiam Was serdecznie i zapraszam na 




   

   

środa, 17 maja 2017

Coś nowego - WDiC

Coś nowego?



Brakuje mi chusty? 

Tak, brakuje mi chusty. Pomysł na całą serię mam już od ponad roku. Teraz postanowiłam wydziergać cieniutką z Malabrigo Lace w kolorze sałaty. Dwa motki lata już temu dostałam od Wioli. Można by powiedzieć, że to taka włóczka trumienna, bo  było mi "szkoda" coś z niej robić. Nic nie wydawało mi się wystarczająco dobre. Mam nadzieję, że tym razem mój pomysł spełni moje oczekiwania, a przede wszystkim, że dokończę jeszcze w tym roku. Szczególnie, że chusta ma być bardziej na taki wiosenno-letni sezon. 
Na razie poza decyzją i nabraniem 3 oczek nie poszłam dalej, bo znowu mam nadwyrężony nadgarstek, więc nie koniecznie ciągnie mnie do dziergania. 

A druga nowość?

 Zaczęłam czytać reportaż i to wojenny reportaż. A ja nie czytam reportaży, a do tego unikam trudnych, wojennych tematów. Ale koleżanka z pracy mnie namówiła i pożyczyła mi książkę. Na razie jest dobrze, ale i za daleko nie poszłam z czytaniem, więc jeszcze nie wiem, czy dam radę. 

A Wy? Co u Was słychać? Zapraszam Was na 



   
   

niedziela, 14 maja 2017

Czy mamy prawo być szczęśliwi?

Czy mamy prawo być szczęśliwi, kiedy dookoła tyle zła, biedy, chorób i nieszczęść?


Temat ten chodzi mi po głowie od kilku już miesięcy. Dokładnie od czasu, gdy na fb zamieściłam link do wpisu o szczęściu i okazało się, że jestem egoistką, bo ja tu o szczęściu pitu pitu, a ludzie nie mają co do garnka włożyć. I że w ogóle to dążenie do szczęścia za wszelką cenę, to takie niskie i płaskie i kołczingowe jest, że po prostu niegodne uwagi. 

Może to i niskie, może i płaski, może i niegodne i tak, bardzo egoistyczne, ale uważam, że każdy z nas ma prawo, a wręcz nawet obowiązek, by czuć się dobrze, by być zadowolonym ze swojego życia, by po prostu być szczęśliwym i nikt za niego tego nie zrobi. 


Oczywiście dla każdego szczęście będzie wyglądało inaczej. Być może dla Ciebie szczęście to fura, skóra i komóra. Być może to kasa na koncie, szpanerskie ciuchy i wyjazdy zagraniczne. Myślę jednak, że dla każdego szczęście jest wtedy, gdy czuję się dobrze ze sobą, gdy czuje w sobie spokój i radość tam głęboko, w środku. 

Ale jak to? Jak można czuć spokój i radość gdzieś tam głęboko w środku, gdy tyle chorób dookoła? 

Czy to, że jestem człowiekiem szczęśliwym, znaczy, że nie wiem co to jest empatia? 
A teraz zastanówmy się. Jesteś nieszczęśliwa, zła, niepogodzona ze światem i co robisz by pomóc owym chorym osobom? Nic. 

Wiem, byłam tam. 
Tak byłam na dnie. Na dnie czarnej rozpaczy. 

Kiedy mój obecnie prawie 15 letni syn się urodził, byłam matką pełną zapału, przepełniona radością, że mam kolejnego fajnego synka. Niestety moja radość nie trwała zbyt długo. Wkrótce okazało się, że coś jest z moim synkiem nie tak. Po miesiącach odbijania się od lekarzy i psychologów, po miesiącach i latach słuchania, że jestem nadgorliwą matką, że wymyślam, że po prostu nie umiem odpowiednio zająć się dzieckiem, dowiedziałam się, że mój syn ma autyzm wczesnodziecięcy, po kilku kolejnych, że to nie tylko autyzm. Diagnoza była dla mnie szokiem, przepłakałam wiele dni i nocy, ale miałam w sobie jeszcze moc, jeszcze próbowałam. Jeździłam co tydzień do Białegostoku, potem co 2 tygodnie do Warszawy, a potem na prawie rok przeniosłam się z dwójką małych dzieci do Warszawy, zostawiając w domu dwójkę starszych z mężem. 

W Warszawie codziennie jeździliśmy transportem miejskim przez 2 godziny z naszego miejsca zamieszkania na terapię i wieczorem 2 godziny z powrotem. Walczyłam, kłóciłam się z Bogiem, męczyłam dzieciaka wielogodzinną terapią. I każdego dnia umierałam po kawałku, gdy mój syn patrzyła na mnie tak jakby mnie nie znał, tak jakby mnie nie kochał, tak jakbym była tylko przedłużeniem jego ręki potrzebnym do podania jedzenia lub picia. 

W między czasie założyłam w swoim mieście Stowarzyszenie. Myślałam, że wspólnie razem będziemy pomagać sobie i swoim dzieciom. 

Jednak każdego dnia moje serce rozpadało się na kawałki, gdy widziałam jak choroba odbiera mi moje dziecko, które owszem wyrastało ze spodni czy butów, ale zupełnie nie szedł za tym wzrost intelektualny i umiejętności społecznej.  

Zeszłam na samo dno. Na samo dno rozpaczy. 

 

Gdy po wielu miesiącach rozłąki wróciliśmy do domu, gdy oczywistym się okazało, że nasze wyrzeczenie, nasza walka nie poprawiła stanu naszego dziecka ani odrobinkę, ja przestałam się bronić i dałam się pochłonąć rozpaczy.

Stres związany z nieuleczalną  choroba dziecka jest tak samo wysoki jak stres związany ze śmiercią dziecka. Byłam w żałobie.

Byłam tak nieszczęśliwa jak tylko to można sobie wyobrazić. 

Czy potrafiłam pomóc wtedy komukolwiek? Czy potrafiłam pomóc własnemu dziecku? Czy potrafiłam pomóc moim pozostałym dzieciom? Czy mogłam pomóc wtedy komuś w Stowarzyszeniu? 


Nie będę kłamać, wciąż nie wydobyłam się w pełni z tego bagna. Wciąż jestem w żałobie.  Bo za pierwszym i drugim ciosem, przyszedł kolejny. 

Jak możesz mówić o szczęściu, gdy ludzie nie mają co włożyć do garnka?  

 

Jak  myślicie, czy ktoś w Polsce refunduje koszty (lub refundował te kilka, kilkanaście lat temu) terapii w niepaństwowych ośrodkach? Jeździliśmy z synem po różnych ośrodkach na własny koszt, prowadziliśmy z mężem przez długi czas dwa oddziele gospodarstwa domowe, nasz syn oprócz terapii wymaga(ł) leków i diety. Czy myślicie, że to może pozostać bez echa? 
A jeśli dodać do tego kryzys gospodarczy i naszą krótkowzroczność, to jakie wychodzi równanie? 
Oczywiście gospodarcza katastrofa. I wiele miesięcy, gdy na utrzymanie 6 osób, w tym studenta na studiach dziennych w innym mieście, mieliśmy tylko 1200zł. 

Czy mam o to do kogoś pretensje? Tak. Do siebie, że byłam taka głupia, że dopuściłam do takiej sytuacji. Czy byłam wtedy szczęśliwa. Oczywiście, że nie. 

I znowu sytuacja się powtórzyła, płakałam niemal dzień w dzień przez kilka miesięcy. Czy mogłam wtedy pomóc komuś? Czy mogłam wtedy się pochylić nad innymi osobami, które nie mają co włożyć do  garnka? Nie. Nie mogłam nic dla nich zrobić, gdyż nie umiałam zająć się sobą. 

Wiedziałam  tylko, że mam 2 wyjścia. Albo zrobię wszystko co jest w mojej mocy, by znowu poczuć się szczęśliwą, bo tylko wtedy odzyskam swoje życie, bo tylko wtedy będę mogła normalnie funkcjonować i zająć się swoją rodziną i może jeszcze uda mi się uratować kilka istniej ludzkich (czyli mojej dzieci i ich dobre samopoczucie). Albo nie zostanie mi nic innego jak się poddać i czekać, kiedy ból i ciężar życia przygniecie mnie tak mocno, że nie dam rady wstać z łóżka, że stanie się to o czym marzę, zasnę, zapadnę się w sobie i będę miała tzw. święty spokój, bo już nie będę czuła niczego. 


Wybrałam pierwsze rozwiązanie i każdego dnia uczę się na nowo być szczęśliwą.

 

Uważam, że to mój obowiązek wobec moich najbliższych i wobec tych, którzy mnie wsparli w najtrudniejszych chwilach. Jestem im to winna. Muszę stanąć twardo na własnych nogach, by zająć się swoją rodziną i spłacić dług wdzięczności wobec dobrych ludzi, których spotkałam na mojej drodze. A nie dokonam tego, jeśli nie będę szczęśliwa. 

Potknęłaś się, wpadłaś w błoto, wstań, otrzep się, uśmiechnij się i pamiętaj, że masz PRAWO być szczęśliwa. 

A że nie jest to łatwe? Jest to łatwiejsze niż się wydaje. Skoro mi się udaje czuć się szczęśliwą każdego dnia, to i tobie może się udać.

A Wy jesteście szczęśliwe? Jakie macie swoje patenty na szczęście? 

PS. Zwykle wrzucam własne zdjęcia lub autorstwa mojego męża, ale tym razem skorzystałam z darmowych zdjęć Natalii z Jest Rudo.

środa, 10 maja 2017

Wspólne dzierganie i czytanie - zima w maju

W czasie "długiego" weekendu, a raczej całego wolnego tygodnia powinnam była skończyć pokazywany w zeszłym tygodniu sweterek. Przez cały ten czas tylko jeden dzień był naprawdę ładny i słoneczny, więc nie pogoda była powodem tego zastoju w robótce. Jak można było się spodziewać, a przynajmniej osoby, które już przeczytały trylogię "Niepokorne", to lektura jest całkowicie winna zapomnieniu o robótkach. Pierwsza część tej trylogii "Eliza" przykuła dosyć mocno moją uwagę i narobiła mi dużego apetytu na całą tę historię. Druga część "Klara" sprawiła, że dzieje trzech przyjaciółek zabsorbowały mnie jeszcze mocniej. Ale to trzecia mocno chwyciła mnie za serce i jak zaczęłam trzecią część tak nie mogłam odpuścić dopóki nie skończyłam. Dobrze, że mąż był w domu, bo przynajmniej było komu zrobić dzieciom coś do jedzenia. 


Trzecia część trylogii "Niepokorne. Judyta" to głównie historia tytułowej Judyty, kobiety żydowskiego pochodzenia, która w całej tej opowieści najwięcej musiała poświęcić, by spełnić swoje marzenia, a przynajmniej żyć, tak jak tego chciała. 
Historia Judyty tak naprawdę wiedzie prym na kartach wszystkich trzech części. Ale to nie jest to ani ckliwy romans, ani płytka powieść kobieta. Oprócz tego, że autorka portretuje XIX wieczny Kraków czy Wiedeń, to przede wszystkim jest to lektura feministyczna i patriotyczna. Ukazuje kobiety, które ponad 100 lat temu robiły to co nam się wydaje być wyjątkowe dla naszych czasów, czyli godziły rolę matki z pracą zawodową. Oczywiście nie wszystkie kobiety, ale prawda jest taka, że praca zawodowa kobiet i godzenie jej z życiem rodzinnym,  nie jest wymysłem końca XX wieku. Przez całą też trylogię przewija się i jest jednym z głównych tematów problem walki Polaków o swoją ojczyznę. Jest to lekcja historii, gdyż przypomina, jak różnie Polacy byli traktowani pod zaborem rosyjskim i pod zaborem austriackim.  

A teraz już czytam "Myśl i bogać się dla kobiet" autorstwa Lechter Sharon. Autorka w tej książce odnosi się do oryginalnej książki Napoleona Hilla "Myśl i bogać się" (którą kiedyś zaczęłam czytać, ale niestety nie udało mi się jej dokończyć), tyle że piszę ją z perspektywy kobiety i opisuje przedsiębiorcze kobiety, jak one stosują się do zasad N. Hilla. 

A wracając do  sweterka, to wciąż jestem przy plisce, bo w między czasie wpadłam na pomysł, że jednak zamiast nap zrobię zamek. I zatrzymałam się w momencie, gdy mam spruć kilka rzędów. Mam nadzieję, że uda mi się dokończyć do przyszłego tygodnia. 


A od dwóch dni u nas jest zima. Pada śnieg, topi się i pada. Wczesnym rankiem zaskakuje mnie piękne słoneczko, a potem niestety jest tylko gorzej. Na Boże Narodzenie chyba tak nie padało jak pada dzisiaj. 

A teraz zapraszam Was już na 





   
   

Newsletter