Szukaj na tym blogu

niedziela, 2 września 2018

Rozmyślania o śmieciach

Nawet nie wiecie jakie to miłe uczucie. Pisząc poprzedniego posta nie liczyłam, że spotka się z tak miłą reakcją z waszej strony. Nie liczyłam, że ktokolwiek jeszcze tu zagląda i do tego będzie chciał wesprzeć mnie radą i swoim doświadczeniem. Dziękuję Wam bardzo.


Jak mi idzie odgruzowywanie? 

Tak naprawdę to robię na razie to co najłatwiejsze. Wyrzucam oczywiste śmieci. Pozbyłam się sporej ilości przetermionwanych przypraw, dziwnych sosów z lodówki i kilku opakowań mieszanek ciast (akurat jeśli chodzi o jedzenie to gdy nie chce mi się gotować robię potrawy "nawinie", więc tu za dużo wyrzucania nie było).  Nie zastanawiam się jeszcze nad przedmiotami użytkowymi, a jedynie pozbywam się plastikowych lub metalowych opakowań. Nazbierałam 3 120 litrowe worki pudełek po lodach, wiaderek po serach, kapuście czy ogórkach, puszek po kawie i po mleku dla niemowląt (a moja najmłodsza córka ma już 12 lat). Pudełka po lodach oczywiście zbierałam by wykorzystywać je do mrożenia jedzenia, a puszki były swego czasu zbierane przeze mnie, by ozdabiać je decoupagem, czego nigdy się nie doczekały, niestety. I utknęłam w tym swoim odgruzowywaniu, bo przydomowy pojemnik na plastiki już wypełniony po brzegi (korzysta z niego nie tylko nasza rodzina) i kolejne worki muszę trzymać w piwnicy dopóki nie przyjadą panowie odbierający śmieci. 

Teraz przerzuciłam się na wynoszenie makulatury, bo w tym akurat pojemniku jest jeszcze dużo miejsca. Wyrzucam  stare prace malarskie moje i  dzieci (zostawiając tylko te najbardziej wzruszające), wyrzucam czasopisma. Swego czasu czasopisma były moim nałogiem, były moją świętością.  Tak więc cały czas jeszcze ze sobą walczę i nie zdecydowałam się na pozbycie się stosu czasopism robótkowych czy Werandy/Country.  Pozostałe wyrzucam bez skrupułów w większości nawet bez śladów chociażby przeglądnięcia. Nie lubię sprzątać papierów, ta część porządków jest chyba dla mnie najtrudniejsza. Pewnie dlatego, że muszę przejrzeć każdy niemal skrawek papieru, by nie wyrzucić jakiegoś urzędowego pisma. Oczywiście mam teczkę/teczki na taką korespondencję, ale kto by się tam przejmował szukaniem właściwej teczki, otwieraniem jej, zamykaniem a następnie stawianiem z powrotem na miejsce. 

I cały czas podczas tego wyrzucania rozmyślam o ŚMIECIACH. 

Do jakich śmieci mam wrzucić torebkę prezentową? Czy zawilgocony papier to jeszcze makulatura? Gdzie wyrzucić starą patelnię? A co zrobić ze starymi świeczkami urodzinowymi? Czy komplet filiżanek, któremu odpryskuje w środku szkliowo od samego patrzenia na nie po prostu wyrzucić czy przerobić na doniczki? W jakich śmieciach powinna wylądować butelka po płynie do mycia naczyć. I gdzie wylać stare środki czystości?
Odkąd weszła obowiązkowa segregacja śmieci to nie mam niby większego problemu, a w pojedyńczych przypadkach wrzucam taką podejrzaną rzecz do śmieci ogólnych. Ale co zrobić z 2 pudłami różnych przeterminowanych specyfików do sprzątania, które znalazłam w głębokim kącie spiżarni? 

Nigdy wcześniej bym nie pomyślała, że ŚMIECI tak bardzo będą zaprzątać moją uwagę. 


A to mój kubeł na plastiki przepełnił czarę goryczy. Nie tyle sam kubeł, co jego rosnąca w zastraszającym tempie zawartość.  Niemal wszystko co kupujemy jest w plastiku. Nawet owoce i warzywa zanim włożymy do naszej płóciennej troby czy foliowej wielorazówki, najpierw trafia do woreczka foliowego. A jeśli do tego spożywamy, tak jak ja, napoje typu izotonik lub tak jak ja, kupne słodycze, to nie ma się czemu dziwić, że zbiorczy pojemnik na odpady plastikowe najszybciej wypełniony jest po brzegi. 

Sprzątam, słucham audiobooka, oglądam trochę filmików o sprzątaniu i minimaliźmie na youtubie i powtarzam jak mantrę: Ja już nie chcę produkować aż tylu śmieci, za każdym razem, gdy słyszę, że rupiecie lubią wracać i że walka z nimi jest zawsze. Wrrrrrr.

czwartek, 30 sierpnia 2018

Projekt: Czysty Dom

Czy powroty są możliwe? 

Nie było mnie tu ponad rok. I to nie tak, że nie pisałam. Nie tylko nie pisałam, ale też nie zaglądałam,  nie sprawdzałam statystyk, nie komentowałam. Zniknęłam też prawie z instagrama czy większości fejsbuka. Przestałam rękodzilić, przestałam czytać książki (prawie).

Gdzie byłam, jak mnie nie było? 

W domu, na kanapie, przed komputerem. Czasami w pracy. 
Moim głównym zajęciem była próba przekonania siebie, że jeszcze potrafię myśleć, że jeszcze potrafię nauczyć się czegoś nowego. I tak naprawdę wciąż jestem na początku, na samym starcie, bo ruszenie komórek mózgowych w "moim" wieku, a przede wszystkim w moim stanie psychicznym to naprawdę trudna sprawa. 

Jednak ostatnio nie dość, że zaczęłam znowu czytać nawet po kilka książek ciurkiem, to jeszcze wyciągnęłam włóczki i szydełka, chociaż zarzekałam się tak niedawno, że ja już na pewno tego nie będę robiła.  I zachciało mi się wrócić do pisania bloga. 

Zastanawiałam się przez kilka dni, czy nie znaleźć sobie całkiem nowego miejsca, gdzie mogłabym pisać anonimowo (przynajmniej na początku), bo temat, o którym chcę pisać, jest trochę dla mnie wstydliwy. Szczególnie, że nigdy nie wiadomo,  czy mi za chwilę nie przejdzie i znowu nie zarzucę mojego nowego projektu. 


Mój nowy projekt: Czysty Dom.

Kto mnie zna, ten wie, że jestem okropną bałaganiarą. OKROPNĄ. W niektórych okresach mam na biurku tylko tyle miejsca, by postawić laptop, a droga do mojego biurka to ścieżka wśród pudeł, książek, papierów i innych tym podobnych rzeczy. 

Nie dość, że nie lubię sprzątać (pod tym względem wciaż jestem zbuntowaną nastolatką), to jeszcze nie umiem się rozstać z niczym. Ani z pudełkiem po butach, ani ze zużytymi zeszytami, ani z popsutą biżuterią czy niekompletnym mikserem, pudełkiem bez wieczka, czy wieczkiem bez pudełka. 

Jestem całkowicie, zupełnie beznadziejna pod tym względem. W latach smarkatych słyszłam wiecznie, że mam dwie lewe ręce, a i potem wmawiałam sobie skutecznie, że jestem organizacyjnycm i sprzątaniowym antytalentem. Co więcej (jak spowiedź to spowiedź) byłam dumna z tego, że mam w życiu wyższe cele niż szorowanie podług. Nie pytajcie jakie cele wyższe miałam na myśli, bo nie pamiętam. W każdym razie swoje niezorganizowanie tłumaczyłam sobie artystyczną, wolną duszą, a bałagan wokół mnie artystycznym nieładem. Terefere kuku. 

Tak naprawdę to nawet nigdy nie próbowałam z tym walczyć, bo po prostu taka jestem i już. A jeśli nawet "nieład" wokół mnie zaczynał mi doskwierać, to albo przenosiłam się do innego pokoju, alborzeczy, których nie potrzebowałam przenosiłam do nieużywanych na co dzień pomieszczeń lub rezygnowałam z robienia niektórych rzeczy, bo nie mogłam znaleźć potrzebnych mi rzeczy. Ewentualnie już w tydzień lub dwa po posprzątaniu jakiegoś zakątka (metodą upychania wszystkiego w innych pomieszczeniach lub szafach) bałagan wracał. 

I to co ja zwykle nazywałam wolnością jest po prostu niewolą. Oczywiście to nie jest tak, że objawiło mi się to ostatnio i dlatego, że właśnie czytam książki autorstwa Bei Johnson:

"Pokochaj swój dom. Zero Waste Home, czyli jak pozbyć się śmieci, a w zamian zyskać szczęście, pieniądze i czas". 


Zdecydowanie czytam tę książkę, bo chcę zmienić swoje podejście do zajmowania się domem, do sprzątania i organizacji tego wszystkiego. Oczywiście do Zero Waste, czyli życiu tak by nie produkować śmieci w ogóle jest mi jeszcze dalej niż do sprzątania w domu, ale bardzo chcę odnaleźć odpowiedź na pytanie:

Jak pokochać swój dom? 


Jak na razie to miotam się po tym moim domu i zastanwiam się czy mam zamówić kontener i wszystko wyrzucać jak leci, czy jednak niektóre rzeczy oglądać przed wyrzuceniem, bo może jeszcze się przydadzą. Chociaż skoro nie używałam ich od jakiegoś czasu (wielu nie używałam) to może znaczy, że po prostu ich nie potrzebuję i że są po prostu śmieciami.

Jaki mam plan? 


Ta, jak zmienić swoje otoczenie nic nie zmieniając? Wiem, nie da się. 

Stan na dzień dzisiejszy: 4 osoby w domu i kot. Dzieci już wyrosły z zostawiania wszędzie zabawek. Córka dba o swój pokój sama - raz lepiej raz gorzej. Ostatnio wyzybyła się wszelkich zabawek z dzieciństwa. Niestety moją metodą. Wyniosła je do pokoju starszych braci, którzy już nie mieszkają z nami.  
A w kuchni dużo pomaga mi mąż - praktycznie przejął gotowanie obiadów, bo to też coś co mi się znudziło, a on odkrywa od jakiegoś czasu, więc nawet nie chcem mu przeszkadzać w tej zabawie. Jest też w tym lepszy ode mnie i bardziej zorganizowany. 

I z tego wynika, że jakbym JA naczuczyła się nie zostawiać śladów po sobie wszędzie, gdzie tylko się pojawię, to było by w domu dużo czyściej, a przynajmniej nie byłoby ogólnego chaosu. 

Główny mój plan to jest - ODGRUZOWANIE. Trochę bardziej podoba mi się angielska nazwa DECLUTTERING, ale w moim przypadku jest chyba za mało dosadna. 

I nie, nie zamierzam stosować metody z programu o perfekcyjnych paniach domu i robić tego w tydzień. 

Po pierwsze, to co z tego, że szybko wyrzucę, jak nie będę wiedziała jak zagospodarować to co zostało.

Po drugie, nie mam ani tyle siły, ani tyle czasu. Niby paradoks, ale wiecie szybko przyszło szybko poszło.

Po trzecie, nie będzie też zdjęć z przed i po (no może czasami po). 

Po czwarte, mam zamiar motywować się do codziennej pracy pisząc na blogu. Chcę poświęcić co najmniej półgodzinny dziennie (czasami pewnie więcej) na przetrząsanie półek, spiżani, piwnic (tak piwnic) i innych zakamarków i pozbywanie się z nich tego co jest nam nie potrzebne, czego nie lubimy, nie używamy, co po prostu jest śmieciem lub nie sparka joyem. (Marie Kondo).

Po piąte, życie trochę zmusiło mnie do myślenia. Staram się nie kupować bezmyślnie produktów spożywczych z uwagi na zdrowie i dietę (szczególnie dzieci). Nie mogę też szastać kasą na prawo i lewo, więc kupuję bardzo mało rzeczy, a do tego niestety większość np. ubrań rozczarowuję mnie swoją jakością. Więc życie niejako przekonuje mnie coraz bardziej do minimalizmu. I chciałabym, żeby to było widać i żebym przestała czuć się przytłoczona ciężarem rzeczy i śmieci wokół mnie. Bo w końcu chyba o to w życiu chodzi. By czuć się po prostu dobrze. 

Po szóste, chcę stopniowo wdrożyć też rutyny sprzątaniowe, bo wiecie, rozumiecie, jak już to wszystko ogarnę, to bym chciała, żeby nie było powtórki z przeszłości i żeby wszystko nie wróciło do normy. A zmieniając nawyki, wypracowując nowe zwyczaje, czyli popadając w codzienne rutyny mam szansę na wypracowanie nowej normy. 

Na tym na razie kończę, wrzucam audiobooka na słuchawki i wracam do odgruzowywania spiżarni. 



środa, 16 sierpnia 2017

Dziewczyna z perłą - środa z książką #07

"Dziewczyna z perłą" to powieść historyczna. Do jej napisania skłonił ją słynny obraz holenderskiego XVII-to wiecznego malarza Vermeera, przedstawiający młodą dziewczynę w turbanie i z perłowymi koczykami.   Pisarka tak długo rozmyślała nad tym obrazem, aż wymyśliła historię życia tajemniczej dziewczyny. 


Jakoś mi nie idzie ostatnio pisanie, więc tylko szybko jeszcze dodam, że zaczęłam nową robótkę na drutach. Prostą i mam nadzieję w miarę szybką, taką na nadchodzącą jesień. Coś co mam nadzieję ponosić zanim jeszcze nastanie sezon kurtkowy.






   
   


 

środa, 9 sierpnia 2017

Powrót do szydełka oraz środa z książką #06

Przełom lipca i sierpnia to zwykle dla mnie dość trudny z uwagi na nękającą mnie alergię, szczególnie w słoneczne dni. Jak nie biorę leków to mam mega katar, pieką mnie oczy i gardło. Jak biorę leki to tylko boli mnie głowa. Tak czy tak ciężko mi się skupić na czytaniu. Toteż tylko co zaczęłam "Dom na Zanzibarze" i "Dziewczynę z perłą." 


Ale postanowiłam trochę przeprosić się z szydełkiem. Zapragnęłam wydziergać sobie trochę kwiatków do ozdabiania moich zdjęć. I oczywiście znowu popadłam w nałóg przeczesywania internetu w poszukiwaniu fajnych wzorów. 
Robię je z włóczki akrylowej, która mi się w pojedynczych prawię kłębkach, plącze wśród moich zapasów włóczkowych. 
Jeszcze żadnej z różyczek nie zszyłam, zostawiam to sobie na później, na hurtowe zszywanie.



   
   

wtorek, 8 sierpnia 2017

W drodze #06 - Odzyskiwanie poczucia możliwości

Przez ostatnie kilka dni tak zatraciłam się w malowaniu, że zapomniałam zupełnie o nowym wpisie. Nie maluję nic specjalnego, po prostu ćwiczę rękę i większość moich "prac" to takie same linie lub listki. Taka zabawa, która niemal całkowicie wyłącza myślenie. 

A tu już kolejny tydzień z Drogą Artysty minął. I jak Wam idzie? Mi pisanie trochę się zacięło. Ciężko mi się rano zmobilizować, a jak już się zmobilizuję, to wciąż sobie sama przerywam, bo nie jestem zadowolona z tego, że znowu piszę i narzekam. Chwilami sama zapominam o swojej własnej radzie, by gdzieś tak na 3 stronie zacząć pisać pozytywnie. 


A w tym tygodniu Julia Cameron proponuje przyjrzeć się korzyściom jakie czerpiemy z tkwienia w miejscu.  

Julia Cameron bardzo często w swojej książce odwołuje się do Boga lub do jakiejś siły wyższej, siły twórczej i wielu osobom przeszkadza ten sposób, ale ja uważam, że to sama prawda.

Ograniczenia 

 Naszym głównym ograniczeniem jest nasze wyobrażenie o naszych zdolnościach. Wykorzystujemy tylko minimalny limit naszych możliwości, odrzucamy wiele projektów, gdyż nie ufamy sobie, że jesteśmy w stanie im sprostać, a z drugiej strony boimy się, że są one zbyt pretensjonalne. Nie wierzymy w to, że możemy dużo zrobić otwierając się na dary płynące od siły wyższej. 

Ta jej filozofia łączy się z popularnym ostatnio nurtem zwanym Prawo Przyciąganie (Law of Attraction), które mówi o ty, że jeśli w uwierzymy, że coś jest możliwe, to tak będzie. Naszym zadaniem jest ustalić sobie cel, wizję tego co chcemy osiągnąć, a potem uwierzyć w to każdą swoją komórką, przełamać blokady negatywnych przekonań i "czekać" aż to dostaniemy.

Bardzo mi się podoba jak Julia Cameron napisała:
  
"Wizja nie wiadomo kiedy i  jak staje się rzeczywistością.

Innymi słowy, módl się, żeby zdążyć na autobus, a   potem biegnij jak najszybciej. 

Aby tak się stało, musimy przede wszystkim uwierzyć, że ten autobus wolno nam złapać."

I aby z tego skorzystać, musimy uwierzyć, że dobro, bogactwo, pomysły są nieograniczone i jeśli zaczniemy je wykorzystywać, to się nie wyczerpią i nie znikną. 

"Pamiętając, że Bóg jest naszym źródłem, hojnym strumieniem energii, skuteczniej czerpiemy z   własnych twórczych mocy." Julia Cameron

 
I tu należy sobie zadać pytanie przed czym się wzbraniamy? Jakie marzenia uznajmy za nierealne biorąc pod uwagę środki jakimi dysponujemy? Dla mnie osobiście są to dość trudne pytania. Wciąż. Mimo iż przez ostatnie 2 lata wiem, że poszłam do przodu, zaczęłam łamać swoje blokady, pokonywać wewnętrznego krytyka, to jednak wciąż mam marzenia, które wydają się niemożliwe do osiągnięcia. 

W tym tygodniu Julia Cameron proponuje: 

Jedną z   metod „nasłuchu” jest pisanie porannych stron. Wieczorem, przed zaśnięciem, możemy wymienić sfery, w   których przydałyby się nam wskazówki. Rano widzimy niedostrzegane dotąd podejście do tematów, o   których piszemy. Poeksperymentuj z   tym dwustopniowym procesem: wieczorem zadawaj pytania, rano nasłuchuj odpowiedzi. Bądź otwarty na wszelką pomoc.

Odnajdowanie rzeki

Gdy zawierzamy swojej twórczości, uwalniamy się od innych zależności. Myślę, że jest to tylko łatwe na papierze. Bo niestety zbudowani jesteśmy z zależności. Ale jeśli wzmacniamy swój głos, to łatwiej nam go głośno wyrażać.  I coraz częściej korzystamy z różnych propozycji. 

Co bieganie ma wspólnego z Drogą Artysty? Być może niewiele, a być może wszystko. Bieganie jest to jedna z rzeczy, których by pewnie nie było w moim życiu, gdyby nie poranne pisanie i zadawanie sobie pytania, co mnie naprawdę w życiu cieszy, co mnie cieszyło, gdy byłam nastolatką. I wyszło mi na to, że sport miał spore znaczenie, był źródłem satysfakcji oraz co tu kryć, był okazją do spotkań towarzyskich. 

A dlaczego myślami wracam do okresu nastoletniego? To proste, bo to był najbardziej beztroski czas w moim życiu i wtedy najbardziej wiedziałam czego chcę. Niestety przez ostatnie kilkanaście lat dałam się wchłonąć i zgnieść trudom życia, ale przecież gdzieś tam głęboko w środku jest jeszcze cząstka mnie, do odkopania i odżywienia, której dążę. I komu mam wierzyć, jak nie sobie samej i swojemu wewnętrznemu ja? 

I gdy zaczynałam myśleć o tym by w końcu ruszyć się z fotela, powoli zaczęły docierać do mnie informacje o biegających znajomych, trafiłam na grupę pasjonatów biegania. 
 



Pułapka cnoty

To upychanie swoich artystycznych działań, pomiędzy wszelkiego rodzaju obowiązki. Robimy to, bo nie chcemy, by ktoś pomyślał, że jesteśmy samolubni. Pokazujemy jacy jesteśmy dobrzy, mili, pomocni, a w głębi serca chcemy tylko świętego spokoju. 

Mi się wydaje, że ja już dawno przestałam tak działać. Ale to tylko wydaje mi się, bo jednak na jakimś obszarze robię z siebie cierpiętnicę i nie rezerwuje czasu prawdziwie dla siebie, w samotności, nie nasłuchując co chwila co robią dzieci, czy w jakim humorze jest mąż.  

Czy zachowujesz się autodestrukcyjnie?  

Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. Po pierwsze, trzeba wiedzieć coś o   swoim prawdziwym ja (tym samym, które się systematycznie niszczyło).
By szybko sprawdzić, jak bardzo się od niego oddaliliśmy, zadajmy sobie pytanie: czego bym spróbował( a), gdyby to nie było zbyt szalone? 
1. Skoczyć ze spadochronem, nurkować z   butlą. 
2. Nauczyć się tańca brzucha, tańców latynoskich.
3. Opublikować swoje wiersze.
4. Kupić perkusję i   zacząć na niej grać. 
5. Przejechać rowerem całą Francję.  

 Jeśli twoja lista wydaje się kusząca, choć szalona, jesteś na dobrej drodze. Zwariowane pomysły są w   rzeczywistości głosami twojego prawdziwego ja.

Co byś zrobił( a), gdyby to nie było zbyt samolubne? 
1. Zapisałbym się na kurs nurkowy. 
2. Poszłabym na kurs tańców latynoskich w   P. 
3. Sporządziłbym listę wydawców poezji i   co tydzień posyłałbym komuś jeden wiersz. 
4. Kupiłabym używaną perkusję, którą sprzedaje mój kuzyn. 
5. Zadzwoniłabym do biura podróży i   wypytała o   Francję. 

Poszukując wewnętrznego (s) twórcy i   otwierając się na dar kreatywności, uczymy się duchowego podejścia do życia, wiary, że Bóg jest dobry  – tak jak my i   cały stworzony świat. W   ten sposób omijamy Pułapkę Cnoty.  Julia Cameron. 

Oprócz cotygodniowych ćwiczeń J. Cameron proponuje w tym tygodniu zrobić sobie test na Pułapkę Cnoty oraz ćwiczenia z zakazanymi przyjemnościami oraz listą życzeń, które znajdziecie albo w książce, albo w grupie fb .

środa, 2 sierpnia 2017

Książkowe lato na półmetku - środa z książką #05

Zaszalałam czytelniczo.

W czwartek przeczytałam "Szkołę żon". W piątek i sobotę przeczytałam "Chłopak, który o mnie walczył" a od niedzieli do wtorku "Jedwabnika". W między czasie podczytywałam jeszcze inne książki "na próbę", więc o nich tu nie będę pisała. 
Jak na mnie to dużo, nawet bardzo dużo. I szczerze, to nawet poczułam się trochę zmęczona tym czytaniem. 
I mam ochotę na krótką abstynencję czytelniczą




"Szkoła żon" Magdaleny Witkiewicz 

otwiera nową serię wydawniczą Bestsellery na obcasach. Całkiem miła, szybka lektura. Historia głównie świeżo rozwiedzionej Julii, która wygrywa pobyt w ekskluzywnym SPA. Sporo w tej książce erotyki, ale dużo subtelniejszej niż w powieści Prokurator, o której pisałam 2 tygodnie temu. Jeśli będę miała czas to pewnie przeczytam kolejne książki z tej serii, a szczególnie te autorstwa pani Witkiewicz, bo jej  sposób pisania przypadł mi do gustu.

 "Chłopak, który o mnie walczył" Kristy Moseley

przez samo wydawnictwo określania jest jako książka młodzieżowa, ale chyba chodzi bardziej o starszą, taką bardziej dorosłą młodzież, gdyż jej bohaterami są dwudziestokilkuletni Jamie i Ellie, których wcześniej łączyła wielka miłość, ale jak to w życiu bywa piętrzące się kłopoty sprawiają, że Ellie czuje się zraniona, porzucona i wyjeżdża ze Stanów do Europy, a następnie zostaje w Wielkiej Brytanii (to w pierwszym tomie, którego nie czytałam). 
W tej części, którą można spokojnie czytać nie znając pierwszej, gdyż w łagodny sposób jesteśmy wprowadzanie w przeszłe wydarzenia, Ellie wraca do Stanów. Drogi tych obojga się krzyżują, tak jak krzyżują się dwie osobowości, dwa światy. Mimo iż to książka dla młodzieży, to nie oszczędziła mi ona łez, gdyż temat śmierci, straty bliskiej osoby i troska o życie drugiego człowieka są obecne niemal od pierwszej strony. '

"Jedwabnik" Robert Galbraith 

muszę  przyznać, że trzymał mnie w napięciu niemal do samego końca i to nie tylko ze względu na wątek kryminalny. 
Bardzo mi się podoba styl J.K.Rowling, bo przecież chyba już wszyscy wiedzą, że to ona stoi za powieściami z cyklu Cormoran Strike. A ja oczywiście i tym razem zaczęłam czytać od drugiego tomu.  
Cormoran Strike to prywatny detektyw, do którego przychodzi żona ekscentrycznego pisarza i prosi go o pomoc w odnalezieniu męża. Razem z detektywem trafiamy  do świata wydawców i pisarzy i odkrywamy ludzkie słabości. Bardzo mi się podoba sposób w jaki zostali sportretowani bohaterowie tej powieści, szczególnie detektyw i jego asystentka rudowłosa Robin. 

A jak Wam czytelniczo minął ostatni tydzień?






   
   


poniedziałek, 31 lipca 2017

W drodze #05 - odzyskiwanie poczucia wewnętrznej spójności

I jak Wam idzie z pisaniem porannych stron? Minęło już 5 tygodni odkąd zaczęliśmy pisać strony i analizować nasze twórcze życie. 


I prawdą jest to co pisze Julia Cameron, że w pewnym momencie zaczynamy unikać pisania. Dlaczego? Bo coraz częściej piszemy o naszych bolączkach, o naszych brakach. Jeśli są w naszym życiu jakieś strefy, z których nie jesteśmy zadowoleni, to wychodzi to właśnie podczas pisania porannych stron. 

Newsletter