Szukaj na tym blogu

niedziela, 2 września 2018

Rozmyślania o śmieciach

Nawet nie wiecie jakie to miłe uczucie. Pisząc poprzedniego posta nie liczyłam, że spotka się z tak miłą reakcją z waszej strony. Nie liczyłam, że ktokolwiek jeszcze tu zagląda i do tego będzie chciał wesprzeć mnie radą i swoim doświadczeniem. Dziękuję Wam bardzo.


Jak mi idzie odgruzowywanie? 

Tak naprawdę to robię na razie to co najłatwiejsze. Wyrzucam oczywiste śmieci. Pozbyłam się sporej ilości przetermionwanych przypraw, dziwnych sosów z lodówki i kilku opakowań mieszanek ciast (akurat jeśli chodzi o jedzenie to gdy nie chce mi się gotować robię potrawy "nawinie", więc tu za dużo wyrzucania nie było).  Nie zastanawiam się jeszcze nad przedmiotami użytkowymi, a jedynie pozbywam się plastikowych lub metalowych opakowań. Nazbierałam 3 120 litrowe worki pudełek po lodach, wiaderek po serach, kapuście czy ogórkach, puszek po kawie i po mleku dla niemowląt (a moja najmłodsza córka ma już 12 lat). Pudełka po lodach oczywiście zbierałam by wykorzystywać je do mrożenia jedzenia, a puszki były swego czasu zbierane przeze mnie, by ozdabiać je decoupagem, czego nigdy się nie doczekały, niestety. I utknęłam w tym swoim odgruzowywaniu, bo przydomowy pojemnik na plastiki już wypełniony po brzegi (korzysta z niego nie tylko nasza rodzina) i kolejne worki muszę trzymać w piwnicy dopóki nie przyjadą panowie odbierający śmieci. 

Teraz przerzuciłam się na wynoszenie makulatury, bo w tym akurat pojemniku jest jeszcze dużo miejsca. Wyrzucam  stare prace malarskie moje i  dzieci (zostawiając tylko te najbardziej wzruszające), wyrzucam czasopisma. Swego czasu czasopisma były moim nałogiem, były moją świętością.  Tak więc cały czas jeszcze ze sobą walczę i nie zdecydowałam się na pozbycie się stosu czasopism robótkowych czy Werandy/Country.  Pozostałe wyrzucam bez skrupułów w większości nawet bez śladów chociażby przeglądnięcia. Nie lubię sprzątać papierów, ta część porządków jest chyba dla mnie najtrudniejsza. Pewnie dlatego, że muszę przejrzeć każdy niemal skrawek papieru, by nie wyrzucić jakiegoś urzędowego pisma. Oczywiście mam teczkę/teczki na taką korespondencję, ale kto by się tam przejmował szukaniem właściwej teczki, otwieraniem jej, zamykaniem a następnie stawianiem z powrotem na miejsce. 

I cały czas podczas tego wyrzucania rozmyślam o ŚMIECIACH. 

Do jakich śmieci mam wrzucić torebkę prezentową? Czy zawilgocony papier to jeszcze makulatura? Gdzie wyrzucić starą patelnię? A co zrobić ze starymi świeczkami urodzinowymi? Czy komplet filiżanek, któremu odpryskuje w środku szkliowo od samego patrzenia na nie po prostu wyrzucić czy przerobić na doniczki? W jakich śmieciach powinna wylądować butelka po płynie do mycia naczyć. I gdzie wylać stare środki czystości?
Odkąd weszła obowiązkowa segregacja śmieci to nie mam niby większego problemu, a w pojedyńczych przypadkach wrzucam taką podejrzaną rzecz do śmieci ogólnych. Ale co zrobić z 2 pudłami różnych przeterminowanych specyfików do sprzątania, które znalazłam w głębokim kącie spiżarni? 

Nigdy wcześniej bym nie pomyślała, że ŚMIECI tak bardzo będą zaprzątać moją uwagę. 


A to mój kubeł na plastiki przepełnił czarę goryczy. Nie tyle sam kubeł, co jego rosnąca w zastraszającym tempie zawartość.  Niemal wszystko co kupujemy jest w plastiku. Nawet owoce i warzywa zanim włożymy do naszej płóciennej troby czy foliowej wielorazówki, najpierw trafia do woreczka foliowego. A jeśli do tego spożywamy, tak jak ja, napoje typu izotonik lub tak jak ja, kupne słodycze, to nie ma się czemu dziwić, że zbiorczy pojemnik na odpady plastikowe najszybciej wypełniony jest po brzegi. 

Sprzątam, słucham audiobooka, oglądam trochę filmików o sprzątaniu i minimaliźmie na youtubie i powtarzam jak mantrę: Ja już nie chcę produkować aż tylu śmieci, za każdym razem, gdy słyszę, że rupiecie lubią wracać i że walka z nimi jest zawsze. Wrrrrrr.

czwartek, 30 sierpnia 2018

Projekt: Czysty Dom

Czy powroty są możliwe? 

Nie było mnie tu ponad rok. I to nie tak, że nie pisałam. Nie tylko nie pisałam, ale też nie zaglądałam,  nie sprawdzałam statystyk, nie komentowałam. Zniknęłam też prawie z instagrama czy większości fejsbuka. Przestałam rękodzilić, przestałam czytać książki (prawie).

Gdzie byłam, jak mnie nie było? 

W domu, na kanapie, przed komputerem. Czasami w pracy. 
Moim głównym zajęciem była próba przekonania siebie, że jeszcze potrafię myśleć, że jeszcze potrafię nauczyć się czegoś nowego. I tak naprawdę wciąż jestem na początku, na samym starcie, bo ruszenie komórek mózgowych w "moim" wieku, a przede wszystkim w moim stanie psychicznym to naprawdę trudna sprawa. 

Jednak ostatnio nie dość, że zaczęłam znowu czytać nawet po kilka książek ciurkiem, to jeszcze wyciągnęłam włóczki i szydełka, chociaż zarzekałam się tak niedawno, że ja już na pewno tego nie będę robiła.  I zachciało mi się wrócić do pisania bloga. 

Zastanawiałam się przez kilka dni, czy nie znaleźć sobie całkiem nowego miejsca, gdzie mogłabym pisać anonimowo (przynajmniej na początku), bo temat, o którym chcę pisać, jest trochę dla mnie wstydliwy. Szczególnie, że nigdy nie wiadomo,  czy mi za chwilę nie przejdzie i znowu nie zarzucę mojego nowego projektu. 


Mój nowy projekt: Czysty Dom.

Kto mnie zna, ten wie, że jestem okropną bałaganiarą. OKROPNĄ. W niektórych okresach mam na biurku tylko tyle miejsca, by postawić laptop, a droga do mojego biurka to ścieżka wśród pudeł, książek, papierów i innych tym podobnych rzeczy. 

Nie dość, że nie lubię sprzątać (pod tym względem wciaż jestem zbuntowaną nastolatką), to jeszcze nie umiem się rozstać z niczym. Ani z pudełkiem po butach, ani ze zużytymi zeszytami, ani z popsutą biżuterią czy niekompletnym mikserem, pudełkiem bez wieczka, czy wieczkiem bez pudełka. 

Jestem całkowicie, zupełnie beznadziejna pod tym względem. W latach smarkatych słyszłam wiecznie, że mam dwie lewe ręce, a i potem wmawiałam sobie skutecznie, że jestem organizacyjnycm i sprzątaniowym antytalentem. Co więcej (jak spowiedź to spowiedź) byłam dumna z tego, że mam w życiu wyższe cele niż szorowanie podług. Nie pytajcie jakie cele wyższe miałam na myśli, bo nie pamiętam. W każdym razie swoje niezorganizowanie tłumaczyłam sobie artystyczną, wolną duszą, a bałagan wokół mnie artystycznym nieładem. Terefere kuku. 

Tak naprawdę to nawet nigdy nie próbowałam z tym walczyć, bo po prostu taka jestem i już. A jeśli nawet "nieład" wokół mnie zaczynał mi doskwierać, to albo przenosiłam się do innego pokoju, alborzeczy, których nie potrzebowałam przenosiłam do nieużywanych na co dzień pomieszczeń lub rezygnowałam z robienia niektórych rzeczy, bo nie mogłam znaleźć potrzebnych mi rzeczy. Ewentualnie już w tydzień lub dwa po posprzątaniu jakiegoś zakątka (metodą upychania wszystkiego w innych pomieszczeniach lub szafach) bałagan wracał. 

I to co ja zwykle nazywałam wolnością jest po prostu niewolą. Oczywiście to nie jest tak, że objawiło mi się to ostatnio i dlatego, że właśnie czytam książki autorstwa Bei Johnson:

"Pokochaj swój dom. Zero Waste Home, czyli jak pozbyć się śmieci, a w zamian zyskać szczęście, pieniądze i czas". 


Zdecydowanie czytam tę książkę, bo chcę zmienić swoje podejście do zajmowania się domem, do sprzątania i organizacji tego wszystkiego. Oczywiście do Zero Waste, czyli życiu tak by nie produkować śmieci w ogóle jest mi jeszcze dalej niż do sprzątania w domu, ale bardzo chcę odnaleźć odpowiedź na pytanie:

Jak pokochać swój dom? 


Jak na razie to miotam się po tym moim domu i zastanwiam się czy mam zamówić kontener i wszystko wyrzucać jak leci, czy jednak niektóre rzeczy oglądać przed wyrzuceniem, bo może jeszcze się przydadzą. Chociaż skoro nie używałam ich od jakiegoś czasu (wielu nie używałam) to może znaczy, że po prostu ich nie potrzebuję i że są po prostu śmieciami.

Jaki mam plan? 


Ta, jak zmienić swoje otoczenie nic nie zmieniając? Wiem, nie da się. 

Stan na dzień dzisiejszy: 4 osoby w domu i kot. Dzieci już wyrosły z zostawiania wszędzie zabawek. Córka dba o swój pokój sama - raz lepiej raz gorzej. Ostatnio wyzybyła się wszelkich zabawek z dzieciństwa. Niestety moją metodą. Wyniosła je do pokoju starszych braci, którzy już nie mieszkają z nami.  
A w kuchni dużo pomaga mi mąż - praktycznie przejął gotowanie obiadów, bo to też coś co mi się znudziło, a on odkrywa od jakiegoś czasu, więc nawet nie chcem mu przeszkadzać w tej zabawie. Jest też w tym lepszy ode mnie i bardziej zorganizowany. 

I z tego wynika, że jakbym JA naczuczyła się nie zostawiać śladów po sobie wszędzie, gdzie tylko się pojawię, to było by w domu dużo czyściej, a przynajmniej nie byłoby ogólnego chaosu. 

Główny mój plan to jest - ODGRUZOWANIE. Trochę bardziej podoba mi się angielska nazwa DECLUTTERING, ale w moim przypadku jest chyba za mało dosadna. 

I nie, nie zamierzam stosować metody z programu o perfekcyjnych paniach domu i robić tego w tydzień. 

Po pierwsze, to co z tego, że szybko wyrzucę, jak nie będę wiedziała jak zagospodarować to co zostało.

Po drugie, nie mam ani tyle siły, ani tyle czasu. Niby paradoks, ale wiecie szybko przyszło szybko poszło.

Po trzecie, nie będzie też zdjęć z przed i po (no może czasami po). 

Po czwarte, mam zamiar motywować się do codziennej pracy pisząc na blogu. Chcę poświęcić co najmniej półgodzinny dziennie (czasami pewnie więcej) na przetrząsanie półek, spiżani, piwnic (tak piwnic) i innych zakamarków i pozbywanie się z nich tego co jest nam nie potrzebne, czego nie lubimy, nie używamy, co po prostu jest śmieciem lub nie sparka joyem. (Marie Kondo).

Po piąte, życie trochę zmusiło mnie do myślenia. Staram się nie kupować bezmyślnie produktów spożywczych z uwagi na zdrowie i dietę (szczególnie dzieci). Nie mogę też szastać kasą na prawo i lewo, więc kupuję bardzo mało rzeczy, a do tego niestety większość np. ubrań rozczarowuję mnie swoją jakością. Więc życie niejako przekonuje mnie coraz bardziej do minimalizmu. I chciałabym, żeby to było widać i żebym przestała czuć się przytłoczona ciężarem rzeczy i śmieci wokół mnie. Bo w końcu chyba o to w życiu chodzi. By czuć się po prostu dobrze. 

Po szóste, chcę stopniowo wdrożyć też rutyny sprzątaniowe, bo wiecie, rozumiecie, jak już to wszystko ogarnę, to bym chciała, żeby nie było powtórki z przeszłości i żeby wszystko nie wróciło do normy. A zmieniając nawyki, wypracowując nowe zwyczaje, czyli popadając w codzienne rutyny mam szansę na wypracowanie nowej normy. 

Na tym na razie kończę, wrzucam audiobooka na słuchawki i wracam do odgruzowywania spiżarni. 



Newsletter